Ja: Ten rok był straszny dla mojego życia prywatnego.
S.: Bo właśnie w nie weszłaś.
Pewnie ma rację. Przed studiami byłam taka otwarta i brałam wszystko, co przychodziło, bo czekałam na jakąkolwiek zmianę. A teraz wiem, że jakakolwiek nie jest dobra, nie jakimkolwiek kosztem. Późna konkluzja, ale cóż - kto nie miał burz w gimnazjum, liceum, ten ma na studiach.
Przeczytałam sobie dziś post z - kiedy to było? - ostatniego dnia sierpnia, i dzięki temu widzę, że to, co stało się miesiąc później, to właśnie nie była taka burza w szklance wody, tylko efekt długiego gromadzenia się chmur. I dorastania. Czuję się, jakby niedługo miała się wyłonić z tego chaosu ostateczna wersja mnie (przynajmniej na tę fazę życia, jak poucza Mądry Wywiad z Wysokich Obcasów) i mam wrażenie, że stanie się to wyłącznie dzięki temu, że znów jestem sama, i pewnie jeszcze trochę pobędę.
Pamiętam, jak w tym nieszczęsnym sierpniu pisałam, że wszystko jest takie nieefektywne. Że nie chodzę do kina, nie jeżdżę na koncerty. Otóż w tym roku, jako że przeszłam w jego trakcie ekstensywną jesienną deprechę, dwa rozstania i około piętnastu egzaminów , postanowiłam urządzić sobie w wakacje jeden wielki dzień dziecka. Bo okazało się, że kiedy jest się w związku z kimś logicznym, w tym wypadku z sobą samą, można i zrobić kurs jidysz bez niczyich pretensji, i pojechać na festiwal (nawet dwa), i na wakacje, i zarobkować w sposób wprost wymarzony, i napisać pracę (a przynajmniej można to planować).
Trochę tylko się boję luzu w terminarzu, kiedy już to wszystko zdam i samotnych nocy w mieszkaniu, które też, teoretycznie, można by zmienić na lepsze, nowsze i bliżej położone. Ale nic to - myślę - mam rower, mam A. i K., którzy zwariowali i w wakacje uczą się hindi, mam S. i jej dzieci już od dobrych paru miesięcy, no i oczywiście mam jeszcze Dom. Nie zginę.